Po co w ogóle rekordy

Bo lubimy skrajności. Bo pokazują, że klimat kraju nie jest „umiarkowany” w sensie nudnym. Bo raz na dekadę ktoś naprawdę dostaje 40°C albo noc, po której pękają rury.

Nie robimy z tego tabeli patriotycznej. Kilka liczb, które wracają w mediach, plus zastrzeżenie, że stacje się zmieniają, granice też.

Temperatura

+41,0°C w Prószkowie koło Opola, 11 sierpnia 2012, to najczęściej cytowany rekord ciepła. Kotlina, południowe powietrze, upał. Opole nadal jest po ciepłej stronie kraju, bez gwarancji powtórki w przyszły wtorek.

Mróz: -41°C w 1929 w Wolfelsgrund (dziś Czechy). W obecnych granicach bywają noce poniżej -30°C na wschodzie i w kotlinach. Białystok nie potrzebuje rekordu, żeby poranek bolał.

Skok dnia przy halnym: rano mróz, po południu plus. Fizyka z tekstu o fenie.

Opad, wiatr, śnieg

Góry łapią ulewy, bo powietrze musi wejść pod górę. Tatry i Sudety biją niziny. Wybrzeże ma wiatr, niekoniecznie 400 km/h. Kasprowy Wierch i halny to osobna liga, nie Gdynia w październiku.

Burze i pioruny: sezonowe, lokalne, groźne. Statystyka roczna mniej ważna niż drzewo, pod którym stoisz.

Co z tego na karcie

Rekord nie ubiera Cię rano. Odczuwalna, wiatr, AQI, godzinówka. Ekstrema są po to, żebyś nie mówił „w Polsce nie ma prawdziwej pogody”. Ma. Rzadko. Wystarczająco często, żeby IMGW istniał, a my nie udawali, że 5 dni z API to wszystko.