Upał i UV to dwie różne rzeczy
„W Polsce nie ma prawdziwego słońca” pada zwykle od kogoś, kto wrócił z Grecji z bąblami i nadal myśli, że 22°C w maju jest niewinne. Indeks UV mierzy, ile ultrafioletu dochodzi do ziemi. Termometr mierzy ciepło powietrza. Możesz mieć przyjemne 19°C, twarde słońce i spaloną karkówkę po dwóch godzinach na rowerze.
Skala jest międzynarodowa, od zera w górę. U nas latem regularnie wchodzi na 7-8, czasem 9. To nie Sahara. To wystarczy, żeby skóra, która zimą nie widziała słońca, zaprotestowała w czerwcu.
Orientacyjnie: 0-2 prawie nic, 3-5 czapka i oczy, 6-7 krem ma sens, 8 i wyżej nie opalaj się „jeszcze kwadrans”. Czas do oparzenia zależy od karnacji. Tabele z minutami są przybliżeniem, nie stoperem.
Kiedy w Polsce jest najgorzej
Szczyt zwykle między 11:00 a 15:00, szczególnie maj-sierpień, przy bezchmurnym niebie. Chmury trochę tną UV, ale cienka warstwa nie jest dachem. Wiosna bywa podstępna: powietrze jeszcze chłodne, słońce już wysoko.
Zimą indeks spada do 1-2. Wyjątek: śnieg. Odbija sporą część UV, więc narty bez kremu to klasyka poparzonego podbródka. W Tatrach dochodzi wysokość. Im wyżej, tym więcej ultrafioletu. Na Kasprowym jest inaczej niż na Rynku w Zakopanem.
Piasek i woda też odbijają, tylko słabiej. Plaża w Gdańsku w sierpniu: wiatr chłodzi, UV nie.
Krem, czapka, okulary. Bez religii.
Nakładaj krem zanim wyjdziesz, nie jak już piecze. SPF 30 na dzień w mieście, wyżej jak siedzisz na słońcu albo masz dziecko. Co dwie godziny, po kąpieli wcześniej. Okulary z filtrem UV400, nie „ciemne szkła z bazaru”, które tylko rozszerzają źrenicę.
Smog trochę tłumi UV. To nie jest argument za kopciuchem.
Pogoda.city pokazuje UV na karcie, obok temperatury. Jak jest 6+, a Ty planujesz grilla od 12:00, weź cień i krem. Nie dlatego, że straszymy czerniakiem w każdym akapicie. Dlatego, że jeden weekend w maju potrafi zepsuć skórę na tydzień.